AirDuctors.net

 
Smaller Default Larger

 Jakoś nie potrafię pisać ku pokrzepieniu serc, a kręci mnie szukanie paradoksów i dziury w całym.
Na początek banalne z pozoru pytanie: czemu proces partycypacyjny ma służyć? Odrzucam odpowiedzi typu „żeby się ludzie mogli wygadać”; „żeby im się wydawało, że decydują” itp. Dla mnie partycypacja jest użyteczna, jeśli pozwala odtworzyć strukturę potrzeb w jakimś obszarze. Jeśli do tego nie prowadzi, jest rodzajem psychoterapii grupowej lub, co gorsza, listkiem figowym skrywającym całkiem niedemokratyczne pomysły.

MOTYWACJA I DETERMINACJA A (NIE)REPREZENTATYWNOŚĆ 

I z realizacją takiego celu mamy kłopot. Taki oto, że przy wszelkich metodach (z ankietami włącznie) spotykamy się z rażącą wręcz niereprezentatywnością. W konsultacjach uczestniczą jedynie osoby szczególnie zmotywowane. Te, które o coś, albo przeciw czemuś, chcą walczyć. Powody, dla których to czynią są oczywiście bardzo różne, od obrońców drzew przejętych poczuciem odpowiedzialności za coś więcej niż ich kawałek podłogi, po obrońców świętego prawa własności do budowania czegokolwiek, gdziekolwiek i dla zysku kogokolwiek. Bez doładowania emocjami te skrajne postawy nie byłyby w stanie nikogo ruszyć z domu. Nawiasem mówiąc w domenie publicznej, którą oglądamy przez media (coraz częściej społecznościowe) także dominują interesy grup nie największych, a grup najbardziej zdeterminowanych. I tak więcej mówimy o prawach LGBT niż o potrzebie przedszkoli czy żłobków. Częściej obserwujemy antyaborcjonistów niż ludzi czekających miesiącami na wizytę u specjalisty itp.

Paradoksalnie najlepszą robotę w propagowaniu skutecznej, bo bardziej reprezentatywnej partycypacji robią wszelkiej maści zamordyści. Pozwalają wygenerować u dużych rzesz obywateli motywację, by się ruszyli i coś próbowali zmienić. Piszę „bardziej reprezentatywną” a nie całkiem, bo zamordysta zawsze na kimś się wspiera, są jacyś beneficjenci, kolaboranci, czy po prostu kompletnie bierni i potrafi być ich całkiem dużo. Natomiast dziejowy proces decyzyjny też nie działa jak aptekarz. Nie wtedy załamują się autorytarne rządy gdy na ulice wyjdzie 50% plus jeden obywatel. Znowu trzeba w analizie wziąć pod uwagę czynnik determinacji. Zmotywowana, uzbrojona w emocje mniejszość już nie raz pokazała, że może zmienić bieg historii.

Można tu zauważyć paradoksalną zbieżność, im bardziej interes jest powszechny, zgeneralizowany, a więc dotyczący bardziej zróżnicowanej wewnętrznie zbiorowości, tym rzadziej staje się przedmiotem determinacji i emocjonalnego wzburzenia. Tym rzadziej ktoś o jego realizację walczy. W efekcie interes ogólnospołeczny jakże często przegrywa z silnie zmotywowanym interesem partykularnym.

Wracam jednak do moich ulubionych konsultacji. Nie ma szans by były one w stanie wygenerować prawdziwą mapę potrzeb. Taką, która nam powie, że na tym placu bardziej potrzebne jest przedszkole niż boisko piłkarskie. Może nam powiedzieć, że są zdeterminowani zwolennicy lub przeciwnicy czegoś. Tyle i nic więcej. Dominujący, lecz rozproszony i niewyposażony w emocje interes najpewniej umknie naszej uwadze. Jeśli podążymy za wynikami takiego procesu, powstanie coś, co uciszy jedną ze zdeterminowanych grup, da decydentom poczucie trafnego wyboru, bo już nie słychać protestów, lecz nie zaspokoi znacznie powszechniejszych potrzeb. Klasycznym przykładem jest tu los służby zdrowia stanowiący interes wielkich, absolutnie dominujących zbiorowości, lecz tak dalece rozdrobniony, że pozbawiony zdeterminowanych fighterów.

DA SIĘ KONSULTOWAĆ LEPIEJ?

W tym kontekście pojawia się pomysł poprawienia wad procesu konsultacyjnego. Trzeba lepiej dobrać uczestników, trzeba przedstawić im dane, fakty. Trzeba tak długo dyskutować, aż się przekona, czy wreszcie multiplikować metody.

Sorry, ale takie myślenie zbliża nas niebezpiecznie do nieładnie pachnącego pojęcia demokracji sterowanej, czyli nie-demokracji. Procesem demokratycznym a w szczególności partycypacją da się manipulować. O tym wiemy wszyscy. I dość powszechnie się z tego korzysta. Częściej niestety, by przykleić listek figowy do już podjętej decyzji, ale bywa też, że manipulujemy by poprawić reprezentatywność, a więc rzetelność całego procesu. W mojej ocenie to droga donikąd. Narzucanie swoich wyobrażeń, jak powinien wyglądać wynik konsultacji i naginanie rzeczywistości do tego obrazu. Dąży się np. do bardziej równomiernej reprezentacji poszczególnych grup, a tymczasem ich znaczenie wcale nie musi być równe. Zwierciadło jest nadal krzywe, tylko ręcznie miejscami ponaciągane.

Czy to oznacza, że partycypacja, a może i demokracja nie ma sensu? Nic podobnego. 
Rzecz jest w tym, by sobie uświadomić ograniczenia metod, które stosujemy. Nie wierzyć, że zebranie osiedlowe powie nam więcej, niż może powiedzieć. Jeśli zdarzy się taka potrzeba, mieć odwagę powiedzieć mieszkańcom, że choć w protokole z konsultacji jest A i B to jednak zbudujemy C. Rozwiązanie leży w uczciwej transparentności procesu decyzyjnego. Procesu, w którym jest miejsce na udział grup interesariuszy, jest rozbudowana analiza potrzeb oparta o dane, wiedzę specjalistyczną, metody pomiarowe i wreszcie decyzja, którą wiadomo kto podejmuje i kto za nią odpowiada.

Druga sprawa o fundamentalnym znaczeniu, to praca nad kapitałem społecznym, nad zaufaniem uczestników konsultacji do siebie nawzajem. Budowanie poczucia odpowiedzialności za zbiorowość. Doświadczenia ostatnich lat z poziomu wielkiej polityki niestety nie przybliżają nas do tego. W idealnym społeczeństwie złożonym z altruistów wszystkie powyższe uwagi krytyczne byłyby nieadekwatne, ciągle go jednak nie mamy i w pełni pewnie nigdy nie osiągniemy.

Kto szanuje demokrację nie będzie populistycznie ukrywał się za jej procedurami, tylko uczciwie powie jak jest. Z demokratycznym suwerenem wiemy, że bywa różnie, nie zawsze staje na wysokości zadania. Od rządzących wymagam nie tyle posłuszeństwa wobec niedoskonałości demokratycznych mechanizmów, co uczciwości w docieraniu do prawdziwych potrzeb dzisiejszych i przyszłych mieszkańców. Tego też wymagam od siebie.

 

Jak zmieniać nasze otoczenie, by dobrze się w nim żyło? Ch. Montgomery idzie o krok dalej i pyta, co zrobić byśmy byli szczęśliwi. Mądra książka (Dorota Zmarzlak dziękuję za prezent) dostarcza wielu wskazówek i jeszcze więcej inspiracji. Rozprawia się też z mitami i nietrafionymi wzorcami, które ukształtowały wiele miast na świecie. Jednym z takich pomysłów jest wzór amerykańskiego przedmieścia. Jego realizacja doprowadziła do problemów, których nie sposób teraz rozwiązać. Marzenie o domku pod miastem z własnym ogrodem pchnęło miliony Amerykanów do decyzji inwestycyjnych  tworzących zjawisko, które nazwano urban sprawl czyli rozlewaniem się miast. Przy czym nie zawsze jest to proces chaotyczny i niekontrolowany. USA to akurat przykład bardzo uregulowanej realizacji tej idei. Zadbano o to by działki nie były zbyt małe, by nie wolno ich było dzielić, wytyczono drogi, które pomieszczą precyzyjnie wyliczoną ilość samochodów. W efekcie powstał koszmar ogromnych obszarów o luźnej zabudowie, gdzie ze wszystkim jest daleko. Daleko trzeba ciągnąć infrastrukturę wodną, elektryczną i każdą inną, daleko jest do szkoły i przedszkola, daleko do pracy i sklepu. W takim miejscu nie da się żyć bez samochodu, a raczej dwóch, na rodzinę. W takiej przestrzeni nie da się zrealizować ideału miejskiego rynku, miejsca spotkań na ławeczce pod drzewami, bo do każdego z tych miejsc trzeba by najpierw dojechać. Rozlewanie się miast zabija integrację społeczną, demoluje więzi między mieszkańcami, najlepiej wpływa najwyżej na przemysł samochodowy i budowę dróg, które w miarę jak łączą się potoki aut, przeradzają się w monstrualne kilkunastopasmowe autostrady.

Przeciwieństwem tego kierunku rozwoju jest ideał miasta 15 minutowego, realizowany w coraz częściej w miastach europejskich. Chodzi w nim o to, by wszystko można było załatwić na piechotę, idąc nie dłużej niż kwadrans. Jeśli zaś coś jest nieco dalej, służą do tego wygodne i bezpieczne ścieżki rowerowe. Do jeszcze dalszych podróży lub w deszczowe dni do dyspozycji jest dobrze rozwinięta komunikacja zbiorowa. A co z samochodami? One oczywiście też mają rację bytu. Potrzeby ruchu samochodowego traktowane są jednak drugorzędnie. Pierwszeństwo mają potrzeby pieszego, rowerzysty i autobusu. Ruch samochodowy wyrzucony jest na obwodnicę a w środek miejscowości prowadzą jedynie wąskie drogi, którymi można się wydostać na zewnątrz.

Tak wygląda model idealny. Oczywiście najczęściej do zrealizowania tylko w pewnym zakresie. Ważny jest jednak kierunek zmian, których nie warto zostawiać swobodnej grze interesów deweloperów i właścicieli gruntów. Nie warto też brnąć w planowanie rozwiązań, które gdzie indziej pokazały swoją drugą stronę medalu.

Co z tego wynika dla Łomianek? Warto zrewidować idee, które przyświecają wszystkim tym, którzy z troską myślą o zagospodarowaniu przestrzennym naszego miasta. Jednym z elementów tej troski jest zabieganie o wymóg  jak największych działek, na których buduje się domy, a więc jak największym rozproszeniu zabudowy. Być może wynika to z przeświadczenia, że uda się zachować w tych obszarach charakter wsi, że nigdy nie stanie się to miastem. Sądzę, że to nierealne myślenie życzeniowe. To będzie kiedyś miasto, a w dalszej perspektywie dzielnica Warszawy. Kształtowanie planów miejscowych na podstawie nierealnej wizji przyszłości nie może prowadzić do niczego dobrego.

Priorytetem więc powinna być nie walka o dalsze rozlewanie miasta, lecz o infrastrukturę komunikacyjną miasta 15-minutowego oraz o dobre rozlokowanie przestrzeni wspólnych i usług centrotwórczych. 

Warto w przerwach między potyczkami o plan miejscowy w Dziekanowie czy Łomiankach Dolnych pomyśleć nad kierunkiem, w którym zmierzamy.

Wygląda na to, że prowokowanie weszło mi w krew.

Nierówności są miarą niesprawiedliwości, wyrzutem sumienia prospołecznie myślących mieszkańców. Chciałoby się, by były jak najmniejsze.

Spróbujmy te postulaty przełożyć na działanie małego miasteczka. Nie biednego, bo leżącego na obrzeżach Warszawy. Współczynnik Giniego, mierzący te właśnie nierówności, jest na alarmująco wysokim poziomie. Jest źle.

Skąd się bierze taki wynik?

Ano stąd, że zamieszkała tu grupka bardzo bogatych ludzi. Zbudowali sobie rezydencje, otoczyli je wysokim murem. Mało kto ich zna, większość nie ma pojęcia że istnieją. Ot coś wielkiego za tym murem stoi. Taką strukturę nierówności możnaby nazwać marginalną. Oto na marginesie średnio zróżnicowanej społeczności  funkcjonują wyspy bogactwa. Z teoretycznej perspektywy to zjawisko niepożądane.

A jak wygląda to z perspektywy mieszkańca, takiego średniaka?

 Struktura dochodów gminy jest tak ukształtowana, że największy jej składnik, to udział w podatku PIT. Gminy z CITu nie mają prawie nic. Trochę z podatków od nieruchomości i innych lokalnych.

Jak zwiększyć ilość środków na budowę dróg, szkół itp.?

Odpowiedź jest prosta, zwiększyć wpływy z PIT. Czyli z podatkowego punktu widzenia lepiej zachęcić  pięciu prezesów banków, by się tu osiedlili, niż zbudować pięć fabryk.

Oczywiście fabryki dają pracę i również wpływy z PIT. Nie jest to jednak strategia dla miejscowości leżącej blisko metropolii z bogatą ofertą miejsc pracy.

Żeby zmniejszyć nierówności , właściwie można zrobić tylko jedno, pozbyć się najbogatszych. To jednak kompletnie irracjonalne działanie, to cios w możliwości rozwojowe miasta.

Marginalne nierówności psują statystyki, psują też krew tym, dla których ważniejsze jest porównywanie się z sąsiadem, niż własny rozwój.

Te nierówności są produktem niesprawiedliwych mechanizmów, lecz próba ich naprawiania całkiem nie mieści się w lokalnej strategii małego miasta na obrzeżach Warszawy.

Bardzo mi przykro, ale w rewolucji przeciw bogaczom na takie miasta jak nasze raczej nie możecie liczyć.

Lubimy mówić o tym co jest w naszym mieście dobre, ciekawe, atrakcyjne. Jeśli chce się podejmować słuszne decyzje trzeba umieć odpowiedzieć sobie także na inne pytanie. Co przeszkadza mieszkańcom. Wydawałoby się, że to oczywiste. Ludzie przecież przychodzą z prośbami, żądaniami, petycjami. Ale są też tacy, którzy nie przychodzą, tylko  dają ogłoszenie o sprzedaży domu, pakują manatki i wynoszą się do dużego miasta. O takich ludziach mówi w wywiadzie Katarzyna Kajdanek. A konkretnie o tych którzy kiedyś wynieśli się z dużego miasta by osiedlić się w jednej z okolicznych gmin, a dziś wracają do tego samego miasta.

W Łomiankach około połowa mieszkańców kiedyś się tu sprowadziła, w większości przypadków, z Warszawy. Ilu z nich chodzi po głowie myśl, by dać sobie spokój z Łomiankami? A w szczególności, dlaczego tak się dzieje?

Na to pytanie trochę światła rzuca wspomniany artykuł. Długi, ale wart przeczytania.

https://www.bankier.pl/wiadomosc/Falszywy-podmiejski-raj-czyli-dlaczego-wracamy-do-miast-Wywiad-8005517.html?fbclid=IwAR1JSOzev8DNz7CpmWMNTIQM52Wj1IdjD5VyiSVrIKlZ4sX8-6klQzKe69w

A być może nie ...

Obejrzyj video. Jest bardzo krótkie.

 

O mnie

Ukończyłem na Uniwersytecie Warszawskim socjologię w specjalności socjologii organizacji.

Pierwszym moim miejscem pracy był Instytut Organizacji i Kierowania.

Po jego rozwiązaniu przez pięć lat wykładałem socjologię organizacji na Politechnice Warszawskiej.

Następnie odbyłem dwuletnie studia podyplomowe i roczną praktykę badawczą w wiedeńskim Institut für Höhere Studien w zakresie socjologii organizacji i metod matematycznych.

Po powrocie do kraju pracowałem w Instytucie Kultury i Instytucie Studiów Politycznych.

Następnie, po wygranym konkursie, objąłem stanowisko dyrektora Biura Reklamy TVP. Wówczas była to wyodrębniona jednostka organizacyjna posiadająca własny budżet i służby funkcjonalne. W ciągu sześciu lat kierowania nią, z prostego biura posiadającego kilka małych komputerów, przekształcona została w jedno z przodujących w Europie biur sprzedaży. Posiadała system komputerowy oparty na najnowszych osiągnięciach zagranicznych. Wdrożono zarządzanie przez cele i zarządzanie procesami, autorski system ocen pracowniczych oraz innowacyjne metody sprzedaży. Biuro zatrudniało 70 osób a obroty wynosiły pół miliarda złotych rocznie.

W tym czasie uczestniczyłem w pracach międzynarodowej organizacji European Group of Television Advertising z siedzibą w Brukseli, by w końcowym okresie stać się członkiem jej zarządu.

Następnie zostałem zaangażowany przez jeden z największych koncernów medialnych WPP z zadaniem zorganizowania i poprowadzenia polskiego oddziału agencji reklamowej Mindshare.

Kolejnym wyzwaniem była prezesura Międzynarodowego Stowarzyszenia Reklamy w Polsce. W owym czasie była to najważniejsza organizacja reprezentująca interesy mediów, agencji reklamowych i reklamodawców. Rola Stowarzyszenia polegała na utrzymywaniu kontaktu z przedstawicielami rządu i parlamentu oraz komentowanie w mediach zagadnień związanych z reklamą.

Równolegle utworzyłem własną firmę Instytut Mediów zajmującą się audytem mediowym i doradztwem. Prowadzę ją do dzisiejszego dnia współpracując z liderami tej branży z Wielkiej Brytanii i Niemiec.

Poza działalnością ściśle zawodową, angażowałem się w aktywność społeczną. Byłem przewodniczącym Solidarności w swoim instytucie w roku 1981. Nigdy nie należałem do żadnej partii.

Odbyłem szkolenie wojskowe ukończone w stopniu podporucznika rezerwy.

Jestem harcmistrzem ZHP i przodownikiem turystyki pieszej PTTK.

Żona jest absolwentką Akademii Teologii Katolickiej a syn pracuje w Orange Labs jako główny specjalista.

Strona korzysta z plików cookies zgodnie z polityką prywatności.

Możesz określić warunki przechowywania lub dostępu do cookies w Twojej przeglądarce. Czytaj więcej…

Zrozumiałem

Pliki cookies (ciasteczka) to dane informatyczne - pliki tekstowe, przechowywane w urządzeniu użytkownika. Używane są w celu dostosowania wyglądu strony internetowej do preferencji użytkownika oraz optymalizacji korzystania ze stron internetowych. Używane są również w celu tworzenia anonimowych statystyk, które pomagają zrozumieć w jaki sposób użytkownik korzysta ze stron internetowych. Statystyki te umożliwiają polepszanie struktury i zawartości stron www.


  Na naszej stronie stosowane są dwa rodzaje plików cookies - sesyjne oraz stałe. Sesyjne są plikami tymczasowymi, które pozostają w urządzeniu użytkownika, aż do wyłączenia oprogramowania (przeglądarki internetowej). Stałe pliki pozostają w urządzeniu użytkownika przez czas określony w parametrach pliku albo do momentu ich ręcznego usunięcia przez użytkownika.


  Standardowo oprogramowanie służące do przeglądania stron internetowych domyślnie dopuszcza umieszczanie plików cookies w urządzeniu użytkownika. Możesz zablokować w swojej przeglądarce mozliwość zapisu cookies. Jednak wybór tej opcji automatycznie zablokuje Ci możliwość korzystania z szeregu funkcji na naszej stronie. Nie możemy także zagwarantować, że oferowane na naszej stronie usługi będą działać w zaplanowany sposób i zgodnie z ich przeznaczeniem.


  Więcej informacji na temat blokowania plików typu cookies w Twojej przeglądarce znajdziesz w zakładce "pomoc" przeglądarki.